|
Apel o pomoc dla krzywdzonych zwierząt w Bodzentynie! |
. |
|
Razem położymy kres bestialstwu i przemocy wobec zwierząt, które dokonuje się w każdą sobotę i poniedziałek na prowadzonym przez gminę targowisku koni, bydła oraz innych zwierząt w Bodzentynie. O naszych działaniach w tej sprawie pisaliśmy na naszej stronie już kilkakrotnie, niestety wszystko, co robiliśmy w celu zamknięcia tego targowiska lub ograniczenia okrucieństwa wobec zwierząt, zostało zastopowane w momencie wejścia na teren targowiska organizacji Animals Angels, która podpisała z Burmistrzem porozumienie w sprawie nadzoru. Z raportów tej organizacji dostępnych na ich stronie internetowej (niestety tylko w wersji angielskiej i niemieckiej) wynika, że często dochodzi tam do znęcania się nad zwierzętami, ale nikt nie wyciąga z tego żadnych konsekwencji wobec osób dopuszczających się bestialstwa oraz nie robi się nic, żeby na tym gminnym targowisku przestrzegano obowiązującego w tym kraju prawa. Najbardziej bulwersująca wiadomość zostałą zamieszczona w niemieckiej wersji: 18.07.2005 | Polen
| Markt in Bodzentyn
http://www.animals-angels.de/index.php?pageID=events_de&events:country=&events:period=&events:page
A oto inne przykłady: 13.06.2005 Zespół AA dokonuje inspekcji targu z 500 końmi. 2 długodystansowe ciężarówki zostają załadowane. Zespół AA dolicza się podejrzanie dużej liczby bardzo młodych źrebiąt i odkrywa kilka koni ze śladami znęcania się nad nimi. Jeden ogier ma głębokie rany na wszystkich nogach, które dowodzą, że musiał być tak związany przez dług czas. Wet AA pomaga ogierowi, który ma 40°C gorączki i dwa otarcia. Kowal AA koryguje kopyta 13 koniom. W dowód wdzięczności Zespół AA zostaje zaproszony przez farmerów na kawę (sic!!!) 04.06.2005 Zespół AA dokonuje przeglądu targowiska z 700 szt. bydła. 7 długodystansowych ciężarówek zostaje załadowanych. Weterynarz AA pomaga dwóm jałówkom z uszkodzonym rogiem i skaleczeniem. Weterynarz AA koryguje racice 4 krowom. Kilku handlarzy blokuje swoimi pojazdami rampę ładunkową. AA zaadresują to na najbliższym lokalnym spotkaniu z radnymi. 16.05.2005 Zespół AA kontroluje targ z końmi na którym jest 500 zwierząt. Kilka długodystansowych ciężarówek zostaje załadowanych. Rozmowy z dwoma handlarzami, którzy biją konie, kończą się niepowidzeniem - oni upierają się, że konie mogą być poskromione jedynie biciem. A więc dochodzi do świadomego bestialstwa - bicie, zauważone przypadki znęcania się przez wiązanie nóg, blokowanie rampy, które sprawia, że zarówno załadunek jak i rozładunek zwierząt jest dla nich bardziej stresujący, okrutny i niebezpieczny, grożący utratą życia oraz złamaniami nóg. Jest to świadome łamanie prawa i znęcanie się nad zwierzętami, a najgorsze jest to, że nikt nie robi nic, aby zapobiec dalszemu okrucieństwu. Uważamy, że jedynym sposobem, aby położyć kres temu procederowi jest zamknięcie tego targowiska.
Dlatego gorąco prosimy wszystkich Państwa-
już tyle razy nam pomogliście,pomóżcie nam i teraz.W Was nadzieja, żeby te
wszystkie stworzenia - skazane już na śmierć ,były do końca traktowane jak
odczuwające ból i cierpienie istoty.Piszcie protesty do burmistrza
Bodzentyna, do Rady Miejskiej, aby zaniechać bestialstwa i katowania tych
biedaków-wiemy,że droga jest daleka,ale pomóżmy tym,które same obronić się
nie mogą.Kopię Waszych protestów prześlijcie do nas wszystko będziemy zbierać,
drukować, a potem złożymy w Urzędzie Miasta i Gminy Bodzentyn.Gorąco prosimy
POMÓŻCIE.Adres mailowy
ul. Suchedniowska 3
Przewodniczący Rady Miejskiej w
Bodzentynie sekretariat: pok. 123, bud. A al. IX Wieków Kielc 3, 25-516 Kielce tel.: +48 (41) 344 29 56, 342 11 15 fax: +48 (41) 344 48 32 e-mail: wojewoda@kielce.uw.gov.pl
Propozycja:
Ja niżej podpisana/y protestuję przeciwko bestialskiemu traktowaniu zwierząt na targowisku w Bodzentynie. Jestem wstrząśnięta/y i zbulwersowana/y informacjami o niehumanitarnym oraz niezgodnym z prawem obchodzeniu się ze zwierzętami, o makabrycznych praktykach, które temu towarzyszą, o braku jakichkolwiek działań w celu zapobiegania takim sytuacjom oraz ścigania winnych. Są to okrutne wykroczenia powodujące niepotrzebne, dodatkowe cierpienia zwierząt. Niniejszym domagamy się natychmiastowego zamknięcia targowiska,bądź podjęcia natychmiastowych działań , których efektem będzie ukaranie osób odpowiedzialnych za znęcanie się nad zwierzętami oraz natychmiastowa poprawa warunków skupu zwierząt i przestrzeganie praw zwierząt zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem (Ustawa o ochronie zwierząt Dz.U.97.111.7240). Ponieważ targowisko jest prowadzone przez gminę nie może tam dochodzić do bezkarnego łamania prawa zarówno przez pracowników jak i handlarzy.
Imię i nazwisko, adres, lub nr PESEL.
Bodzentyn 7 marca 2005 – „Czterokopytny Boże spraw, by umieranie nie bolało”Jak zwykle przed świtem w poniedziałek w Bodzentynie zaczyna się piekło na ziemi... Przed targiem długie kolejki samochodów, przyczep i TIR–ów. Słychać rżenie i stukot kopyt. Z niektórych samochodów wyglądają głowy przerażonych koni. W ich oczach widać strach, smutek i...... W tym miejscu zaczyna się ich ostatnia droga, droga na śmierć.... Tego dnia w osłabionym, pięcioosobowym składzie, bez wsparcia Policji i Inspekcji Transportu Drogowego wybraliśmy się na targ. Naszym celem było sprawdzenie, czy coś się zmieniło, poprawiło, czy warunki przewozu i handlu końmi na tym targowisku są lepsze, ale rzeczywistość wymusiła na nas zmianę planów. Wieść, że jesteśmy na targu, rozeszła się lotem błyskawicy, wzbudzając lęk w handlarzach i drobnych przewoźnikach. Zaczęli nerwowo kończyć transakcje i w popłochu uciekać. Od pierwszej chwili na zasypanym śniegiem placu wyróżniał się biało-niebieski samochód znanego nam z wcześniejszych wizyt na tym targu przewoźnika. Spośród około 150 koni wybrał najsłabsze i chore zwierzęta. Załadował na przemian młode i stare oraz kalekie... Stojąc na targu, dokładnie obserwowaliśmy ten samochód, dlatego wiedzieliśmy, jakie zwierzęta się tam znalazły. Wiedzieliśmy, że jest tam mały, chory i słaby źrebaczek oraz koń z poważnym urazem przedniej kończyny! Postanowiliśmy go dogonić. Nie mogliśmy sami zatrzymać samochodu, więc poprosiliśmy telefonicznie o pomoc Policję. Po około 45 kilometrach od Bodzentyna udało się zatrzymać samochód, jednak przewoźnik odmówił otworzenia go. Posypały się pod naszym adresem przekleństwa, obelgi i groźby, usłyszeliśmy, że źle skończymy, że niedługo będziemy 2 metry pod ziemią, że na pewno wkrótce będziemy zimni... Na miejsce zdarzenia wzywamy Powiatowego Lekarza Weterynarii, walczymy o to, aby rozładować ten samochód i pomóc chociaż tym zwierzętom, które nie podołają dalszym trudom transportu w drodze na śmierć. Powiatowy Lekarz Weterynarii przyjechał z drugim patrolem Policji i zarządził wyładunek zwierząt oraz ich oględziny. Po otwarciu tylnej klapy naszym oczom ukazał się straszny widok. Obraz tak wstrząsający, którego nigdy nie zapomnimy. Chociaż samochód przejechał dopiero 45 kilometrów, kilka koni już leżało. Przy samym wejściu leżał mały źrebaczek, nie umiał ustać - był tak słaby i zmęczony. W głębi samochodu leżały poprzewracane również inne konie, kilka z nich miało już krwawe otarcia na skórze. Z tyłu, za zadami innych koni stoi załadowany w poprzek wozu piękny młody wałaszek kopany po brzuchu przez inne konie. Taki sposób ładowania koni jest szczególnie okrutny i niezgodny z Ustawą o ochronie zwierząt.. Zdążyliśmy się przekonać, że jest to często stosowana praktyka przez tego właśnie przewoźnika, za co dzięki naszej interwencji już dostał wyrok sądowy. To jego kolejne wykroczenie dotyczące łamania Ustawy o ochronie zwierząt. Rozpoczyna się najbardziej przykry moment - rozładunek koni. Jako pierwszy wyładowywany jest mały źrebaczek, niestety kilkakrotne próby podniesienia go nie przynoszą zamierzonego skutku. Wreszcie udało się, został podniesiony i wyprowadzony. Spoglądamy na siebie i bez słów wiemy, że trzeba spróbować go ocalić. Źrebak trzęsie się na nogach. Następnie wyprowadzane są kolejne konie, w samym środku jest koń z urazem przedniej nogi, który decyzją weterynarza zostaje odładowany. Powiatowy Lekarz weterynarii proponuje nam zatrzymanie klaczy do czasu wyjaśnienia sprawy przez Sąd, natomiast przewoźnikowi proponuje oddanie klaczy do uboju sanitarnego. Zaczyna się nasza walka o życie konia - proponujemy odkupienie - padają jednak horendalne ceny - przewoźnik chce jak najwięcej zarobić. Jesteśmy świadomi, że przewoźnik zrobi wszystko, żeby ją nam odebrać, że znowu prawo może stanąć po stronie tego, który krzywdzi, a nie tego, który jest krzywdzony (tak było w przypadku Jarusia, gdzie prawo stanęło po stronie właściciela). I co wtedy - po miesiącu musielibyśmy ją oddać na pewną śmierć - w takiej sytuacji jedynym rozwiązaniem wydaje się nam odkupienie. W grę wchodzi życie, dlatego nadal negocjujemy, aż w końcu pada kwota 2900zł, którą jesteśmy w stanie zapłacić i klacz jest uratowana. Chcemy jeszcze uratować źrebaczka, ale niestety walkę o jego życie przegraliśmy... Mięso młodych koni jest zbyt poszukiwane na rynkach zachodnich, więc przewoźnik nie chciał go sprzedać. Źrebak patrzy na nas błagalnie, prosi o pomoc, patrzy na nas ze smutkiem, nie z wyrzutem, a my nie możemy zrobić już nic..... My znamy ten wzrok - to spojrzenie anioła - takiego spojrzenia nie da się zapomnieć. Każdy z nas już doświadczył tego. To jest najtrudniejsza część naszej działalności: widzimy proszące spojrzenia wielu koni - tak jak w tym samochodzie - a możemy uratować tylko jednego........... Pozostałe konie są ładowane, a nam łzy same płyną po policzkach, źrebaczek jest ostatni, patrzy na nas najdłużej. Przez szczeliny w samochodzie spoglądają na nas smutne końskie oczy, dla nich to już ostatnie chwile, jadą na śmierć. Klacz jest uratowana - została przewieziona do Przystani... Nasza Grażynka - która ostatnio nie może nam towarzyszyć w tych wyjazdach, ale jest z nami sercem i załatwia wiele spraw telefonicznie - dzwoniąc, pytała płaczliwym głosem czy już jest, czy odkupiona, czy zwyciężyła i gdy usłyszała, że tak powiedziała –„to nasza Victoria”, więc mamy Viktorię - nową mieszkankę przytuliska. Viktoria jest zaniedbanym i spracowanym koniem, żyła z taką nogą dość długo, tak mówił nam weterynarz, może jeszcze rodziła w takim stanie źrebaki i pracowała na garść siana. Teraz będzie poddana leczeniu - na razie czekamy na wyniki badań i zdjęć rtg - spróbujemy odbudować jej zaufanie do człowieka, a jeśli będzie tylko możliwa operacja i zgromadzimy odpowiednie środki, to zostanie przewieziona do kliniki dla koni. To końskie życie ocalało cudem, ale ona sama sobą się odwdzięcza, jak wiele innych koni, które z Państwem wspólnie uratowaliśmy. Zostały sporządzone protokoły oraz doniesienia o popełnieniu przestępstwa. Przewoźnik kolejny raz zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i – mamy nadzieję - ukarany.
TO JUŻ 51 KOŃ Z całego serca dziękujemy za wszystkie wpłaty, jakie Państwo przekazujecie na nasze konto, tylko dzięki nim w tak dramatycznych chwilach ratujemy kolejne życie. Bardzo się cieszymy z każdego nowego, ocalonego życia, lecz stając w tak dramatycznej sytuacji pozostaje niedosyt, że nie mogliśmy zrobić nic więcej. Wśród towarzyszy niedoli Viktorii były piękne młode konie, wyrodzone do granic możliwości klacze i spracowane wałachy. Pada pytanie, na które nie ma odpowiedzi, dlaczego i za co taki okrutny los........... Stojąc tam w poczuciu bezradności, patrząc w oczy tym, które odjeżdżały, mieliśmy świadomość, że nie mogliśmy zrobić dla nich nic, jak tylko prosić o jedno: .....CZTEROKOPYTNY BOŻE SPRAW, BY UMIERANIE NIE BOLAŁO....... (fragment Modlitwy konia z transportu B. Borzymowskiej) Im się nie udało......
Niestety po operacji Viktoria odeszła....
"Jeszcze teraz napisanie tej wiadomości przychodzi nam z trudem. Nikt z nas
takiego scenariusza nie zakładał, więc jesteśmy zdruzgotani. Viki z powodu
przykurczu ścięgien została poddana operacji w szpitalu dla koni dr Golonki
w Gliwicach. Początkowo wszystko było dobrze i cieszyliśmy się bardzo, że w
przyszłości będzie mogła lepiej chodzić. Niestety z powodów do dziś
niewyjaśnionych przez opiekujących się nią po operacji weterynarzy doszło do
martwicy w operowanej nodze. Przewieźliśmy ją do kliniki we
Wrocławiu, ale okazało się, że na pomoc było już za późno - liczyła się każda
godzina, każdy dzień, a gdy wreszcie zostaliśmy poinformowani o jej stanie,
pomoc okazała się niemożliwa. Boli nas niezmiernie fakt, że zostaliśmy
oszukani! Odwiedzaliśmy ją w szpitalu niemal codziennie, byliśmy jeszcze
poprzedniego dnia - ale wpierano nam, że wszystko jest pod kontrolą. Zdziwiło
nas to, że będzie leczona dłużej niż się spodziewano, ale nie mówiono o
zagrożeniu życia... Może dla niektórych to tylko koń - jeden więcej, jeden
mniej - a dla nas to była nasza Viki. Chcieliśmy jej dać szczęśliwe życie po
wielu latach cierpień, ale się nie udało, ktoś odebrał jej tę szansę. I co tu
jeszcze dodać............ już kilka razy zabieraliśmy się do napisania
pożegnania Viki, ale jakoś nie wychodzi - jak już trochę przestanie boleć, to
napiszemy o niej więcej... Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy w
jakikolwiek sposób pomogli ją uratować - Dominowi, który z determinacją gonił
samochód wiozący ją do rzeźni w Jaśle, cudem wyrwał ją z transportu na śmierć,
a potem całą noc poświęcił na przewiezienie jej do kliniki we Wrocławiu -
niestety cudem uratowane końskie życie zostało..........
|