PAMIĘCI DIANY

.

W ostatnich dniach przed Świętami odeszła na drugą stronę Diana, ukochana sunia moich przyjaciół. Wilczyca przez 9 lat dzieliła z Nimi życie, a Oni bez niej nie wyobrażali sobie świata. Byli samotni i całą swoją miłość przelali na Dianę, która odpłacała im także miłością i przywiązaniem. O niej mówili, do niej wracali po pracy a ona witała ich szczęśliwa, że są znowu razem.

Jak zwykle w życiu, cios przychodzi nagle. Diana zachorowała. Joanna i Tadeusz natychmiast zawieźli ją do weterynarza, ale leki nie skutkowały.  W ciągu kilku dni stan zdrowia psa pogorszył się do tego stopnia, że Diana prawie nie mogła już chodzić. Opuchnięta i oblała, leżała patrząc w oczy i pojękując z bólu. Tymczasem Joanna i Tadeusz szukali rozpaczliwie ratunku, nie licząc się z kosztami i czasem. Konsylia lekarskie, zmiany leków, biopsja, a w końcu wyrok. Nowotwór z przerzutami. Przyjaciele nie chcieli zrozumieć okrutnej prawdy. Czuwali przy Dianie, ale ona już wiedziała, że odchodzi. Zrozumiała to chyba prędzej niż oni. Jęczała z bólu, a jednocześnie patrzyła tak przejmująco w oczy swoim właścicielom, jakby mówiła; muszę odejść, ale martwię się o was. Cierpienia Diany narastały i wkrótce do ludzi dotarła myśl, że jedyne co dla niej mogą jeszcze zrobić, to skrócić mękę.  To była dla nich bardzo trudna decyzja. Pojechali w ostatnią wspólną podróż do kliniki weterynaryjnej, aby Diana mogła w godny sposób przejść do innego świata. Zasypiając w ramionach ukochanych państwa, próbowała jeszcze raz zerwać się do ich obrony, gdy do pokoju zajrzał nieznajomy lekarz, aby sprawdzić czy można już zaaplikować ostateczny śmiertelny zastrzyk. W momencie śmierci myślała jeszcze o ich bezpieczeństwie. Joanna modliła się po cichu. Oboje z Tadeuszem płakali, a ich najwierniejszy przyjaciel leżał martwy. Zostali sami. Wszystko rozegrało się w niecałe dwa tygodnie. Tak szybko, że nie zdążyli się ani oswoić, ani tym bardziej pogodzić z tragedią. Bo dla nich to była tragedia. Odszedł ktoś tak bardzo bezinteresownie im oddany, jak nie potrafi  być chyba człowiek.

Wrócili do pustego domu. Jeszcze się mylą, ustalają zajęcia biorąc pod uwagę wyjście na spacer z psem, jeszcze kupią czasem ulubiony smakołyk, zawołają po imieniu, wyciągną rękę do pogłaskania. Ale historia Diany nie kończy się w tym miejscu. Chcę napisać jeszcze o jednej rzeczy, która jej dotyczy, a której racjonalnie wytłumaczyć się nie da. Otóż po stracie psa, Joanna siedziała wieczorem samotnie w domu czekając na męża. Wokół panowała cisza i raptem w tej ciszy dał się słyszeć wyraźny tupot psich nóg. Czyżby Diana wróciła i dawała znać swojej pani, że jest i nadal czuwa? Dreptanie Diany Joanna słyszała już kilka razy. Podkreślam tu, że nie należy ona do osób egzaltowanych i nie mam żadnego powodu, aby wątpić w jej relację. Czytałam zresztą podobne relacje w czasopismach zajmujących się tematyką tajemniczych zjawisk, które trudno wyjaśnić kierując się wyłącznie rozumem. Nie będę nawet próbować wyjaśniać „powrotu” Diany, ale jej życie świadczy o tym, że wzajemne relacje pomiędzy ludźmi a psem wykraczają daleko poza ogólnie przyjęte normy. Spójrzmy więc wreszcie na naszych czworonożnych przyjaciół, jak na żywe istoty, które myślą, czują ból i cierpienie i gotowe są oddać za nas życie.

Aleksandra Krzeszewska