GOSIA I PATRYK

.

Nazywam się Gosia, razem z moim chłopakiem Patrykiem jesteśmy wolontariuszami Komitetu Pomocy dla Zwierząt w Tychach. Od czerwca 2003 roku pomagamy w przystani i przez ten czas udało nam się dokładnie poznać do czego zdolni są ludzie. Wcześniej tylko słyszeliśmy o okrutnych przypadkach znęcania się nad zwierzętami, ale nigdy nie widzieliśmy efektów tego na własne oczy.

W ciągu swojej długoletniej działalności Komitet Pomocy dla Zwierząt w Tychach ocalił wiele zwierząt, ale największą pasją jest ratowanie koni. Jest ich już 33 jednakże z różnych przyczyn, szczególnie finansowych nie wszystkie mogą mieszkać razem w przytulisku. Pozostałe przebywają u zaprzyjaźnionych i sprawdzonych przez  Komitet ludzi.

W przystani oprócz 18 koników dom znalazły również dwie kozy – Oluś i Rumun. Zostały uratowane tuż przed ogniskiem, którego miały być główną atrakcją. Jest świnka Haidi , która po wydaniu na świat  dużej liczby potomstwa została „nagrodzona” przez właściciela biletem w jedną stronę do rzeźni. Są też cztery pieski, które los również okrutnie doświadczył oraz 7 kotów- cztery z nich odebrane z instytutu, gdzie służyły do doświadczeń, a w małym domku przy stajni mieszkają dwa króliki, które teraz prawdopodobnie byłyby pasztetem.

Uratowanie każdego istnienia jest dla nas bardzo ważnym wydarzeniem, które napawa nasze serca radością i a dusze wypełnia dumą.

Jednakże oprócz tych chwil radości często spotyka nas bolesny zawód i poczucie bezradności.

Pierwsze takie wydarzenie w Przystani maiło miejsce jeszcze zanim zaczęliśmy tam przyjeżdżać.

Kilkunastoletni wałach Bandero ocalał cudem, ponieważ członkowie Komitetu wykupili go z bazy przeładunkowej, do której trafił z rzeźni, w której czekał już w kolejce na śmierć. Przy pierwszej wizycie weterynarza okazało się, że ma guza krtani. Po trzech miesiącach 21 października 2002 roku umarł. Był bardzo łagodny, spokojny, lubił dzieci, umilał życie niepełnosprawnej dziewczynce, która czasem na nim jeździła. Członkowie Komitetu walczyli z jego chorobą, ale okazało się że ma za słabe serce. Zawsze pozostanie w ich pamięci.

Selia była kilkunastoletnią klaczą wykupioną z jednej z polskich stadnin, gdzie przez długie lata była wykorzystywana do rekreacji. Wykorzystywana to dobre słowo, gdyż jak to bywa w wielu podobnych stadninach musiała bardzo dużo i ciężko pracować. Klacz była ciężko chora jednakże zdecydowano się na jej wykupienie a nawet znaleziono jej  kochający dom u ludzi, którzy już  przygarnęli kilka innych koni.

Selia przeżyła pod ich opieką ponad 1,5 roku, gdy pewnego dnia wyszła na pastwisko, zasłabła.... odeszła.

Najlepsi przyjaciele, zawsze razem, żartobliwie nazywani „wojsko” lub „emeryci”- Węgielek i Urbanek. To właśnie Urbanek opuścił nas tego lata. To odejście było dla nas szczególnie bolesne ponieważ o poprzednich koniach tylko słyszeliśmy, a jego już poznaliśmy i bardzo pokochaliśmy. Gdy go przywieźliśmy z bazy przeładunkowej był w ciężkim stanie  sądziliśmy, że tylko cud  może go utrzymać przy życiu. Był zniszczony pracą i wychudzony, początkowo nie chciał jeść, na nic nie reagował. Po jakimś czasie zaczął skubać siano, potem zaczął jeść- cieszyliśmy się, że wszystko idzie ku dobremu. Wydawało się, że jest z nim coraz lepiej. Nagle pewnego dnia położył się i nie mógł wstać – okazało się, że jest to porażenie mięśni, chore nerki, anemia i słabe serce. Próbował walczyć o życie lecz nie starczyło mu już sił, pogalopował w słońce , tam gdzie czeka na niego Wiatronogi Bóg koni, wielu przyjaciół i wiecznie zielone pastwisko.

Największym jednak zawodem i bólem było dla nas odejście Karusia ponieważ byliśmy z nim od początku do końca. Nawet teraz po tak długim czasie oglądając zdjęcia i kasety wideo na których jest płaczemy jak dzieci.

Zaczęło się to 18 sierpnia zeszłego roku, kiedy jako młodzi członkowie komitetu pojechaliśmy na inspekcję  targowiska końskiego w Bodzentynie. Tam właśnie zobaczyliśmy źrebaka, który ledwo stał na nogach. Miał około 3 miesiące, był chudy, jakiś nieforemny, przewracał się, gdyż nie umiał  stać na przednich nogach. Przywiązany na sznurku był schowany przed ludźmi, jego właściciel się go wstydził, albo czekał na okazję aby niepostrzeżenie sprzedać go do rzeźni. Jego widok ściskał za serce. Cały czas próbowaliśmy  walczyć ze swoimi emocjami, lecz kiedy zobaczyliśmy tak niewielkie, niewinne i kruche maleństwo, słaniające się na nogach nasze nerwy nie wytrzymały. Ja i Patryk płakaliśmy jak dzieci, cali trzęśliśmy się w emocjach pytając nadaremno: „Dlaczego?” .Patryk  był tak zdenerwowany, że nie potrafił  zrobić żadnego zdjęcia, bo strasznie trzęsły mu się ręce. Właściciel nie chciał nic mówić, ostatecznie podpisał zrzeczenie się źrebaka, uradowany, że pozbył się problemu. A my ucieszyliśmy się ze możemy dać mu szansę na lepsze życie. Był wyjątkowo ufny, tulił się do ludzi jak piesek, prosił o głaskanie i pieszczoty.             

Po załadowaniu do przyczepy zaraz się położył ale nie chciał zostawać sam więc ja z koleżanką jechałyśmy razem z nim. Kładł nam głowę na kolanach domagał się głaskania, a gdy tylko na chwile tracił nas z oczu natychmiast nas szukał odwracając się i rżąc. Bardzo związaliśmy  się z nim emocjonalnie. Po przyjeździe do Przystani przyjechał weterynarz, od razu stwierdził ze jego stan jest prawdopodobnie wynikiem urazu, bądź porodu, a niemożność chodzenia wynikiem przykurczu ścięgien. Nadal nie mógł stać, ciągle się przewracał, był stale poraniony. Robiliśmy wszystko żeby nadrobił zaległości i zaniedbania z poprzedniego okresu – masowaliśmy mu nogi, wyprowadzaliśmy na spacery. Często kładł głowę na kolanach i przyglądał się patrząc w oczy, gdyby mógł to by się uśmiechnął lub przemówił. Jego stan pogarszał się i konieczna była operacja. Niestety dwa dni po operacji 25 września odszedł. Był to dla nas straszny wstrząs, ponieważ wierzyliśmy, że nam się uda, włożyliśmy w to tyle pracy i miłości… ale nie dane nam było zobaczyć jak biega radośnie bez utykania i przewracania się. Jego śmierć była dla nas wielkim zaskoczeniem i ciosem,  na zawsze pozostawił ślad w naszych sercach i nigdy o nim nie zapomnimy.

Praca w „Przystani Ocalenie” daje nam wiele radości i satysfakcji. Dopiero tutaj zdaliśmy sobie sprawę, że można robić coś więcej niż chodzić na demonstracje i głośno rzucać słowa na wiatr. Tu również doceniliśmy pracę dla „mniejszych braci”. Szanujemy organizację, która nie jest sponsorowana przez rząd. Zapał tych ludzi  wypływa z serc czystym, wolnym od pogoni za pieniędzmi strumieniem.

Pamiętamy też o sponsorach, tylko dzięki pomocy tych życzliwych ludzi możemy istnieć i miejmy nadzieję, że ich nie zabraknie.

Korzystając z okazji chcielibyśmy bardzo podziękować twórcom Komitetu Pomocy dla Zwierząt w Tychach, ponieważ bez ich miłości i oddania w walce o prawa zwierząt nigdy nie moglibyśmy pomagać w ratowaniu tylu istnień.  Dzięki nim możemy dumnie stawiać czoła okrucieństwu i bestialstwu do jakiego zdolny jest człowiek, głośno mówić dość! Jest to dla nas spełnieniem.

Dziękujemy ...