|
Dzięki
uprzejmości Komitetu Pomocy dla Zwierząt 7 marca 2005 roku po raz
pierwszy byłam w Bodzentynie, gdzie co poniedziałek odbywa się targ
koni.
„Przystań
Ocalenie nie jest normalnym miejscem. Nikt tutaj nie bije, nie upycha do
klatek, nie kłuje śrubokrętem w oczy, nie otumania alkoholem. Nikt tu
nie je mięsa. To dom zwierząt. Wszystko postawione na głowie: ludzki
czas podporządkowany zwierzętom, domowe sprzęty przystosowane do ich
potrzeb, zwierzęta żyjące w zgodzie. Psy śpią przytulone do kotów,
koziołki obok świni, konie podchodzą do obcych i pozwalają się głaskać.
Jakby wolały nie pamiętać, co często znaczy słowo >>człowiek<<.”
http://www.kpdz.tychy.horsesport.pl/
W niedzielę
rano to do mnie dotarło. Po chwili uniesienia, bo jeszcze nigdy nie
byłam na targu koni w Bodzentynie, przyszły pesymistyczne myśli. Dużo
czytałam o tym miejscu - opinie nie były pochlebne. Trochę nadziei
dodawała całkiem miła relacja ze Skaryszewa. Bałam się. Aż do wieczora
ten strach mnie nie opuścił.
Chwilę przed
22:00 dotarłam do „Przystani Ocalenie”. Wyjazd zaplanowany był na 1:00,
więc czekaliśmy... Wszyscy nerwowi - pod płaszczykiem żartów
próbowaliśmy ukryć zmieszanie. Zbyt gwałtowne wybuchy śmiechu, zbyt
głośno wypowiadane słowa. A może to tylko ja...?
Wsiedliśmy do
samochodu. Około 5:00 mieliśmy dotrzeć na miejsce, bo „impreza”
rozpoczyna się o 6:00. Tętno znowu gwałtownie podskoczyło i kolejna fala
strachu... Wszyscy milczeli. Droga była okropna - sypał śnieg, zaspy
tworzyły się w zawrotnym tempie. W pewnym momencie pomyślałam, że nawet
natura jest przeciwko nam - pięcioro kontra cały świat... Ta natrętna
myśl towarzyszyła mi już do rana.
Po 5:00
dotarliśmy do Bodzentyna. Podobno dość skromny jak na tę okoliczność
sznurek różnych pojazdów znów wzbudził niepokój. Wysiedliśmy z
samochodu. Rżenie, kopanie, gdzieniegdzie można było zobaczyć łby koni i
przerażenie w ich oczach. Śnieg dalej padał. Silny wiatr wbijał
zamarznięte drobinki w każdy nieosłonięty fragment ciała.
W końcu
otworzono bramę targu i korowód ruszył. Samochody od razy były
rozładowywane, więc zwierzaki musiały marznąć. Powoli się rozjaśniało.
Oszołomiona patrzyłam na ten przedziwny spektakl. Konie z miejsca były
ładowane do tirów czekających przy rampie. Tak, w Bodzentynie rampa
służy do załadunku, bo z samochodów są one zwyczajnie wyrzucane.
Źrebięta, zwierzęta chore lub kalekie - wszystkie po kolei wypadają z
różnych wehikułów (rzadko kiedy przystosowanych do transportu żywych
stworzeń). A przecież wystarczyłoby podjechać pod tę nieszczęsną
rampę...!
Patrzyłam na
ludzi dumnie biegających z końmi przykrytymi kocykami - czyli jednak
można zadbać; można rozumieć, że one też czują... A obok stały źrebięta
obrośnięte sierścią przypominającą baranią wełnę, oblepione gnojem...
One też patrzyły przerażonymi oczętami; wołały głośno, a krzyk ten do
teraz wybrzmiewa mi w uszach... i te oczy...
Chodziłam
między samochodami; patrzyłam na te sierotki. Ich było tak dużo...
Rozmawiałam z handlarzami, mówili, że źle trafiłam, że jest mało koni,
bo pogoda zła, bo dojechać się nie dało. Ktoś rozmawiał przez telefon: w
tym i w tym miejscu stoi jakiś przewoźnik - tam podjechać. Bo
przyjechali ci ze schroniska. Bo droga zasypana.
- A pan coś
ma?
- Gdzież tam,
panie...
- Po drodze
padły?
- Nie!
sprzedałem jeszcze przed wjazdem! - ...i ucisk w gardle. Obraz maluje
się coraz wyraźniejszy.
Rozglądali
się niepewnie, czy ktoś nie patrzy, gdzie są ci przeklęci „zieloni”.
Ktoś przełknął (zamiast wykrzyknąć) przecinek; ktoś utrzymał nerwy na
wodzy, kiedy koń ześliznął się po raz któryś z tak oblodzonej klapy
przyczepy, że nie było siły, żeby dostał się do środka - więc nerwowo
szukali słomy, ale koń został wprowadzony „delikatnie”. Bo „stoi i się
gapi”. Bo „może narobić kłopotów”.
Co jakiś czas
przechodził koło mnie uśmiechnięty mężczyzna w kurtce „Animals’ Angels”.
Podobno jest to organizacja, która sprawuje kontrolę nad targowiskiem,
żeby zwierzętom nie działa się krzywda. Wykupili nawet chyba kilka koni
- tak to przynajmniej wyglądało. Piękne zwierzaki stały przy budce, nad
którą widnieje informacja o darmowej korekcji kopyt. Obok jest także
punkt pierwszej pomocy. Jakaś pani karmiła te konie pokrojoną marchewką.
Wszyscy z uśmiechami wymalowanymi na twarzach; dziwnie nienaturalnie to
wyglądało. Nie wiem, dlaczego nikt nie zauważył klaczy, która miała
krwawą plamę zamiast rzepu ogonowego. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie
zaprowadził do budki konia z kopytami przypominającymi ciżemki. Może
stało się tak dlatego, ponieważ było zimno, ponieważ wszyscy uwijali się
niczym w ukropie, żeby już wyjechać, już zapłacić, już załadować...
Około 8:00 rano targowisko świeciło pustkami.
W tym samym
czasie rozgrywał się inny dramat. Jeden z przewoźników „od zawsze” ma
problem z zapewnieniem koniom odpowiednich warunków w czasie jazdy, poza
tym specjalizuje się w skupywaniu tych najbardziej chorych, bo
oczywiście są najtańsze... I tym razem nie odstąpił od swoich zasad,
załadował kaleki i ruszył najdziwniejszą trasą, jaką można sobie
wyobrazić. Jechał bardzo szybko przez okoliczne wioski - uciekał.
Przebijał się przez zaspy, bo wiedział, że na głównych drogach czeka na
niego policja. Hazard? Chyba coś w tym stylu. Facet chciał podnieść
sobie poziom adrenaliny we krwi, inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć.
Jak w końcu został zatrzymany, niektóre konie ledwo trzymały się na
nogach, a większość z nich leżała. Nikt nie wiedział, co się dzieje, jak
reagować, czego najpierw się chwycić. Wszyscy krzyczeli, przewoźnik
groził członkom Komitetu; czekano na przyjazd kolejnego radiowozu i
Powiatowego Lekarza Weterynarii w Kielcach. Obraz jak przynajmniej
sprzed kilkudziesięciu lat! XXI wiek? Cywilizacja? Śmiem twierdzić, że
ewolucja oszczędziła tych ludzi... W tamtym miejscu czas zatrzymał się
dawno temu.
Już po
otworzeniu samochodu kolejno wszystkie konie zaczęły się przewracać...
Nawet ludzie spanikowali i zapanował chaos. Śliskie podłoże i
niewystarczająca ilość słomy doprowadziły do takiego stanu rzeczy. Aby
opanować sytuację, należało częściowo rozładować samochód. Jeden z koni
stał w poprzek, za zadami pozostałych zwierząt. W samochodzie znajdowała
się także klacz z poważnie uszkodzoną nogą - weterynarz określił, że
nadaje się ona jedynie do uboju sanitarnego lub klinicznego leczenia - a
miała być rzekomo sprzedana „do hodowli”.
To właśnie jej udało się zwyciężyć śmierć. Otrzymała nowe
imię - Wiktoria - oraz nowe życie w pakiecie. Teraz stoi w swoim ciepłym
boksie na terenie Przystani Ocalenie; czeka na diagnozę i operację
nogi... Myśl o niej dodaje otuchy - kolejne życie zostało uratowane!
Kolejny konik całym sobą będzie dziękował za każdy ofiarowany jej
dzień... Dla tych chwil warto żyć; warto odwiedzać stajnię Przytuliska,
żeby tylko popatrzeć w oczy koni, które ratują, którym zapewniają
dożywotnio dom. |