|
|

Przystań Ocalenie
„Mój wiatronogi Boże koni
Czy Ty naprawdę widzisz
wszystko?
I strach, i głód, i ból, i krew?
Nie ma nikogo z mojej stajni
I nie znam drogi na pastwisko.
Bardzo się boję, Panie mój,
Tutaj tak ciasno jest i ciemno,
I jestem sam, zupełnie sam,
Choć tyle koni jedzie ze mną...
Barbara
Borzymowska
– „Modlitwa konia z transportu”
Jeszcze bardziej ostrożni!
Jak Państwo
wiecie nasza działalność to nie tylko prowadzenie przytuliska Przystań
Ocalenie, działalność edukacyjna wśród dzieci i młodzieży,
ale również szereg działań, które podejmujemy w obronie innych
potrzebujących, krzywdzonych i katowanych zwierząt. Często nasze
działania narażają na niebezpieczeństwo nie tylko
bezpośrednio nas ale i tych, którymi się każdego dnia opiekujemy -
ponad 100 naszych podopiecznych. Razem z Inspekcją Transportu Drogowego
kontrolujemy samochody wożące zwierzęta na rzeź, uczestniczymy w
kontrolach podczas odpraw granicznych zwierząt, kontrolujemy miejsca
skupu, domagamy się poprawy losu zwierząt sprzedawanych na targu w
Bodzentynie. Piszemy protesty, listy, kierujemy wnioski na
Policję, do Prokuratury, oraz Głównego lub Powiatowych
Lekarzy Weterynarii domagając się humanitarnego traktowania koni
trafiających do końskiej rzeźni oraz ukarania sprawców
dopuszczających się znęcania nad zwierzętami. Nasza działalność
nie należy więc do przyjemnych i bezpiecznych - dlatego
jeszcze raz tłumaczymy dlaczego na naszej stronie nie podaliśmy i
nie podamy adresu przytuliska. Każdego kto chce nas odwiedzić
oczywiście zapraszamy, ale po wcześniejszym telefonie (0 501 241 784).
W ostatnim czasie wiele osób pisało nam obraźliwe maile, wpisywało się
do księgi gości, dzwoniło z pretensjami, że nie chcemy podać adresu. Są
też osoby, które rozumieją naszą ostrożność i proszą abyśmy na siebie
uważali. Dopełnieniem czary goryczy jest fakt, że podczas jednej z
interwencji pod adresem naszego Prezesa padły groźby karalne -
grożono mu pozbawieniem życia - za co Sąd wymierzył sprawcy karę w
wysokości 600 zł - więc tyle jest warte życie nasze i
naszych zwierząt. Jeśli prawo nie chroni nas w należyty
sposób to my sami musimy zadbać o życie nasze i naszych zwierząt,
dlatego będziemy jeszcze bardziej ostrożni. Nasza strona
internetowa jest znana i odwiedzana nie tylko przez osoby
życzliwe i kochające zwierzęta ale również przez naszych wrogów. Za
zrozumienie bardzo dziękujemy-jeśli jednak do kogoś nie dociera
nasze wyjaśnienie to bardzo przykro nam z tego
powodu - szkoda tylko, że są osoby, które potrafią z takiego powodu
poniżać i upokarzać - jak byśmy mało mieli poniżenia ze strony ludzi
okrutnych i krzywdzących zwierzęta.
Zarząd Komitetu
Pomocy dla Zwierząt

Tutaj, w
Przystani, jest im dobrze. Istny raj na ziemi. Mają przyjaciół, strawę,
codzienną dawkę pieszczot, własne miejsce w stajni, swój kawałek łąki i
gwarancję spokojnego dożywocia. Ale choć pod troskliwą opieką zagoją się im
rany, a operacja pozwoli odzyskać sprawność, nigdy nie będą już takie jak
wcześniej. Konie ocalone z transportów na rzeź.
***
Do konia z
transportu koszmar przeszłości potrafi wrócić w najbardziej nieoczekiwanym
momencie. Do
Luckiego
wrócił gdy
wprowadzano go do przyczepy. Wszedł z nawyku, posłusznie, a wtedy ciasne
pomieszczenie na kółkach wypełniło się nagle krwią, odchodami, przerażonym
oddechem stłoczonych w pojeździe zwierząt. Zapomniał, że obok stoi przyjaciel,
zaczął się histerycznie, nerwowo
trząść.
Oczkiem w
głowie
Luckiego, ba, całym jego życiem od chwili
przybycia do Przystani jest Batuta. Zakochał się w niej od pierwszego
wejrzenia, zaborczo, na umór. Bywa zazdrosny nawet o troskliwe dłonie
pielęgnujących ją opiekunów.
Tworzą dobraną parę: wałach z przeszłością i klacz po przejściach. On ma
kilkanaście lat, a wygląda na czterdzieści – był
bity przez właściciela, miał zgniłe i popękane kopyta. Ona była
rozrodową klaczą w jednej z renomowanych polskich
stadnin, aż zachorowała na dychawicę. Przestała być potrzebna, wyrok
brzmiał więc – na ubój. Nawet wydanie na świat dwunastu
rodowodowych źrebiąt nie było okolicznością łagodzącą.
W "Przytsani Ocalenie"
prowadzonej przez wolontariuszy mieszka dziś 35 koni: Batuta, Sam, Śnieżynka,
Figa, Mona, Kuba, Kostek, Odra, Dinci, Sajra, Gala, Balbina, Oscar, Viktor,
Myszka, Kolumb, Gryfka, Wanda, Hawana, Kara, Arlan, Brandon, Boomlight,
Feliks, Sedum, Bąbel, Tina, Kaszmir, Toronto, Yours, Megan, Daktyl, Bajka,
Fortek
***
Cena
śmierci to 3-4 tysiące złotych. Tyle za 600-700
kilogramów „rzeźnego mięsa” płacą Włosi – główni
odbiorcy koni eksportowanych z Polski na Zachód, gdzie w 2001 r. trafiło ich
blisko 40 tysięcy. Cena życia jest niższa – zwierzęta
odkupowane
z transportów kosztują średnio kilkaset złotych, ale koszty długotrwałej
kuracji przekraczają zwykle ich „handlową” wartość. Na 700 zł oszacowano życie
Odry – piętnastoletniej klaczy rasy „konik polski”. Przeznaczono ją na rzeź,
gdy okazało się, że z powodu ochwatu nie będzie mogła już służyć do nauki
hippoterapii.
Przyszłość
Karusia, trzymiesięcznego źrebaka była przesądzona od
urodzenia – na skutek porażenia mózgu przyszedł na świat z przykurczem
ścięgien w przednich nogach. Chodził z trudem, co chwilę się przewracając.
Dlatego – jako towar wybrakowany –
handlarze
wycenili go tylko na 200 zł. Na nic zdały się wysiłki właścicieli, którzy
tuczyli go z premedytacją, chcąc uzyskać jak najwyższą stawkę. Gdyby na targu
w Bodzentynie nie wypatrzyli go członkowie Komitetu, trafiłby niechybnie do
włoskiego transportu. Dzięki nim, zamiast umierać w bólu i strachu, cieszył
się życiem jeszcze przez miesiąc. Odszedł na zawsze dwa dni po operacji, do
końca otoczony
troskliwością ludzkich przyjaciół. Na skutek niewłaściwej diety miał
zdeformowane serce i płuca.
Przyczyną
skazania na śmierć Nadziei, klaczy ze sportową przeszłością, uratowanej w
czerwcu ubiegłego roku z jednej z polskich baz przeładunkowych, był lekki
niedowład tylnej nogi, efekt upadku i złamania miednicy. O losie
Mystica, który przez kilkanaście lat służył do rekreacji,
osiągając doskonałe wyniki w zawodach w powożeniu zaprzęgiem, zadecydowała
ciężka choroba kopyt. Nabyta – należy dodać – wyłącznie z winy człowieka,
który eksploatował go nadmiernie i w nieodpowiedni sposób. W przypadku Urbanka,
odkupionego – podobnie jak Nadzieja – z kolejki po śmierć, zaniedbania były
tak wielkie (anemia, choroba nerek i niedowład mięśni), że nie udało się go
ocalić. Dla siwego, ponad dwudziestoletniego Węgielka, zabranego z ulicy w
Zabrzu, gdzie leżał wycieńczony, z pooranymi bokami, nie zdoławszy uciągnąć
przeładowanego wozu z węglem, pomoc nadeszła w samą porę.
Właściciel – któremu
odebrano Węgielka na polecenie Prezydenta Zabrza, zdradził, że koń pracował
wcześniej w kopalni jako siła pociągowa.
W
Przystani wolny od złych wspomnień jest tylko Toronto. Urodzony już na
wolności, syn dziesięcioletniej Figi, która już źrebna trafiła do przytuliska
po udanej akcji ratowania 50 koni z rozlewiska Warty w Słońsku. Członkowie
Komitetu pojechali
do Słońska, aby
wykupić tyle koni ile się da, uratowano tylko 2 –ponieważ na tyle starczyło
pieniędzy; reszta zapewne i tak trafiła do rzeźni,
bo po to je tam hodowano. W przeciwieństwie do płochliwej matki, której
nieufność trzeba było długo przełamywać, przyzwyczajając nie tylko do zabiegów
pielęgnacyjnych czy czyszczenia kopyt, ale nawet jedzenia owsa i marchewki,
Toronto zachowuje się odważnie, tryska temperamentem, zachęca do zabawy
wszystkich mieszkańców Przystani. Najbardziej upodobał sobie „dziadka”
Węgielka.
Razem z
Figą do przytuliska trafił jej syn – Brandon. Równie dziki jak ona, za wszelką
cenę bronił swojej rodzicielki przed kontaktem z ludźmi. Nawykły do
przekleństw i uderzeń bata, nie dowierzał, że za głaskaniem i miłymi słowami
może kryć się coś dobrego. Po kilku tygodniach w Przystani złagodniał,
spotulniał. Doprasza się o pieszczoty.
Brandon i
Figa uniknęli rzeźni. Nie każdy miał tyle szczęścia. Gdy członkowie Komitetu
wykupowali pierwsze konie- Tyszka i Kasztana obiecali
sobie, że wrócą po trzeciego, na którego zabrakło pieniędzy. Kiedy przybyli na
miejsce z uzbieraną sumą, stajnia była już
pusta.
Nieuczciwy pośrednik nie dotrzymał słowa - dzień przed umówionym
terminem źrebak pojechał w transporcie na Sardynię.
***
Hodowcy
koni dobierają sobie zwierzęta według zasady: młode, zdrowe i piękne. W
Przystani jest inaczej. Największe szanse na azyl mają końskie kaleki: ze
złamanymi nogami, które nie podołałyby trudom transportu do rzeźni, stare i
schorowane.
Oprócz
koni w Przystani znalazł schronienie Łapek – kot, któremu obcięto trzy łapki
kosą podczas prac polowych. Gospodarze wyrzucili go do
obornika, ale przeżył, ukrył się w jakimś miejscu i po dwóch miesiącach
wypełzł na świat. Wrócił do
domu, ale został z niego wyrzucony. Wolontariusze, którzy znaleźli go przy
drodze, widząc, jak bardzo łasi się i pełza, prosząc o życie, zrezygnowali z
zamiaru skrócenia mu cierpień poprzez uśpienie w lecznicy. Niedawno znalazł
nowy dom w Katowicach, gdzie mimo kalectwa stał się przywódcą domowej gromady
kotów.
Był też w
Przystani Łatek – pies poturbowany jako szczenię przez ciągnik. Miał złamaną
miednicę, wiec właściciele wyrzucili go, licząc, że szybko zdechnie. Choć od
tamtych wydarzeń minęło już pięć lat, Łatek wciąż ucieka, słysząc dźwięk
silnika, a z kilkutygodniowej walki o przetrwanie pozostał mu nawyk
zakopywania części pożywienia. Ale i do niego uśmiechnął się los, ma dom,
piękną
budę i dobrych właścicieli.
Swój
własny pokój mają koty, urodzone w jednym z polskich instytutów
doświadczalnych i hodowane na medyczne eksperymenty. Znalazło się tez miejsce
dla dwóch koziołków, które miały stanowić główną atrakcję pewnego ogniska,
kilka królików, przeznaczonych niegdyś na pasztet, oraz dwie tuczne świnie i
krowa.
***

Przystań
Ocalenie nie jest normalnym miejscem. Nikt tutaj nie bije, nie upycha do
klatek, nie kłuje
śrubokrętem w oczy, nie otumania alkoholem. Nikt tu nie je mięsa. To dom
zwierząt. Wszystko postawione na głowie: ludzki czas
podporządkowany zwierzętom, domowe sprzęty przystosowane
do ich potrzeb, zwierzęta żyjące w zgodzie. Psy śpią przytulone do kotów,
koziołki obok świni, konie podchodzą do obcych i pozwalają
się głaskać. Jakby wolały nie pamiętać, co często znaczy słowo „człowiek”.
|
|